niedziela, 26 listopada 2017

Wojtek

W życiu coś definitywnie mi nie wyszło. Zjebałem. Po całości. Skończyłem jako na wpół przytomny, wiecznie zamyślony przykład dekadencji naszego wieku.
Szukając początku mojego problemu z sobą samym, dopatruje się go w moim pierwszym małżeństwie. Rozbieram wszystko na czynniki i badam pod mikroskopem moich porysowanych okularów.
Ona była cudowna. Wyjątkowa. Miała włosy niczym promienie zachodzącego słońca. Skórę kolorem przypominającą gorące mleko, takie które pijesz w bezsenne noce. Mimo bladości biło od niej jakieś wewnętrzne ciepło. Fakt brakowało jej bodajże czterech zębów...  ale ja osobiście uważam to za całkiem urocze. 
Ze mnie natomiast w tamtych czasach śmiali się, że wyglądam jak cygan. Wiecznie opalony, zawsze gdzieś brudny ciemnowłosy diabeł, dziecko ulicy bądź wojny każdy mógł sobie wybrać określenie na mnie. Wszystkie z wymienionych pasowały. 
Ślub wzięliśmy pod płacząca wierzbą nad stawem który miejscami przypominał bardziej bajoro.  Byliśmy tam sami. Ona miała koniczynę we włosach, a ja spodnie podarte na kolanach.  Pamiętam to jakby zdarzyło się ledwie wczoraj. 
Włożyłem ręce w kieszeniach podszedłem do niej i zebrawszy całą swoją pięcioletnią odwagę zapytałem:
-Hej będziesz moją żoną?
Ona schowa ręce za plecy i wzruszając głową mruknęła:
-Mogę być a co?
-No to będziesz czy nie?-zapytałem nerwowo, tak dla pewności.
-Tak.
Szczęśliwy jak nigdy uplotłem nam wielkie, okropne obrączki z witek wierzby. Może to śmieszne, czy raczej głupie ale do dziś mam swoją. Trzymam ją w lewej szufladzie biurka w imię zasady: po lewej rzeczy dla serca, po prawej dla rozumu.
Tak więc przyrzekliśmy sobie miłość i inne pierdoły pod wierzbą, co chwila odganiając komary.
-Ale nie mów nikomu!-powiedziała podniesionym głosem już po wszystkim.
-No pewnie-powiedziałem-jakby chłopaki się dowiedzieli nie to by mnie wyśmiali.
-To zgoda-odparła łapiąc mnie za rękę.
I staliśmy tak trzymając się za te ręce i patrząc sobie w oczy. Jej akurat był niezwykłe, jedno niebieskie, drugie zielone. Inne dzieciaki często dokuczały jej z tego powodu, we mnie natomiast budziła tym podziw. Dzisiaj wydaje mi się to całkiem zabawne, ale wtedy byłem przekonany, że moja wybranka nie wiedząc do końca jakiego koloru chce, wybrała oba. Teraz mogę przyznać, że całkiem by to do niej pasowało.
-Chyba powinniśmy się teraz pocałować.-stwierdziła wlepiając spojrzenie w ziemię-Nie żeby coś tak się robi nie?-to mówiąc podniosła zarumienioną twarz, spoglądając na mnie delikatnie się uśmiechnęła.
Wyglądała niczym anioł.
W uszach zaczęło mi piszczeć. Przypomniałem sobie słowa ojca: "Bądź mężczyzną do cholery".
I zanim zdążyła cokolwiek więcej powiedzieć cmoknąłem ją w usta, praktycznie w tym samym momencie odskakując. Cała operacja trwała ułamek sekundy.

Z lekko niezręcznej ciszy wyrwał nas kobiecy głos
-Zuza Zuza do domu!
Moja luba, czy właściwie żona, uśmiechnęła się do mnie najpiękniej jak potrafiła, mimo braku czterech zębów, puściła moją rękę i pobiegła w stronę głosu.
Ja osobiście matki nie posiadam i w tamtym czasach też nie posiadałem więc do domu niestety musiałem się udać samoistnie. Więc ruszyłem, szurając po ziemi rozklejającymi się podeszwami.

Lato mijało, a ja byłem najszczęśliwszym małżonkiem na świecie. Całymi dniami biegałem z chłopakami za piłką, od czasu do czasu taplałem się w bajorowatym stawie, a z moją żoną widywałem się potajemnie.
W sumie tak teraz myślę, to nawet jak już się widzieliśmy bardzo niewiele rozmawialiśmy. Czasami ona o coś zapytała. Tylko tyle.  Ja za bardzo nie wiedziałem co robić, w gruncie rzeczy wystarczyła mi sama jej obecność. O! Czasem przynosiłem jej kwiaty zerwane w czyimś ogrodzie.
Było nam dobrze. Spokojnie i sielsko. Tak jak być powinno. Oczywiście dramat nastąpił jak to zwykle bywa, niespodziewanie.
Pewnego wieczora wróciłem do domu radosny jak skowronek po spotkaniu z moją Zuzą.
Ojciec już czekał na mnie w drzwiach, opierając się o framugę, przypalając skręconego papierosa.
-Przeprowadzamy się młody.-powiedział to beznamiętnie zionąc w moją stronę alkoholowym dechem. Kompletnie mnie wryło. Nie przez to że czułam alkohol, ojciec pił odkąd pamiętam. Tyle dobrego, że nigdy się nie awanturował, ręki też na mnie nie podniósł. Jak tak teraz sobie myślę, to całkiem porządny z niego człowiek był, może zadzwonię do niego na święta...któreś. Wracając do tematu, bardziej wstrząsnęły mną jego słowa. W tym momencie coś we mnie ruszyło.
-Nie mogę, mam żonę...-mruknęłam patrząc na twoje stopy
-Żona-parsknął-która to?
-Zuzka-stwierdziłem, zaciskając pięści w kieszeniach dziurawych spodni, tych  ślubnych.
-A...Ta świńska blondyna bez zębów?-zapytał unosząc kpiąco brew-Wojtek  daruj se.
Byłem na niego wściekły. Wyrażał się pogardliwie o mojej kobiecie. Musiałem działać. Zebrałem w sobie całą odwagę jaką miałem, spojrzałem w oczy tego prawie dwumetrowego olbrzyma... Jak na mężczyznę przystało ruszyłem do szarży, kopnąłem ojca w kostkę z całej siły i uciekłem do swojego pokoju, wgramoliłem się pod łóżko. Wcale nie płakałem. To tylko bieg do pokoju tak mnie zmęczył, że cała twarz mi się spociła. W tym oczy. Słowo daję.
Mężczyźni nie płaczą.
Tak powtarzał ojciec.
Tydzień później musiałem się rozwieść z żoną i opuścić na zawsze wspaniale miasteczko. Zuzka na pożegnanie strzeliła mi w twarz bo tak się przecież robi.
W takie Chwile jak ta lubię to wszystko rozpamiętywać wyglądając przez okno na pustą ulicę, czy też gapiąc się w sufit. Lubię wracać do Wojtka który ma 5 lat. Teraz właśnie zaciągając się dymem papierosa myślę, ile go jest jeszcze we mnie?
Kiedy jest mi gorzej leżę na łóżku również paląc, szukam Zuzki na portalach społecznościowych. Różnych.
Zawsze znajduję.
Od tamtych dobrych czasów minęło sporo lat. Jakby ktoś się uparł i policzył, to dokładnie 16. Zuzka ma już nowego męża, chyba takiego na serio, i drugie dziecko w drodze.
A ja
Tanie okropne fajki pod koniec miesiąca, alkohol i durne wspomnienia.
Ale jeśli nie to, to co?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz